Wydaje mi się, że zdecydowanie częściej mi się nie chce niż chce. Zazwyczaj w takich sytuacjach pomaga mi po prostu skupienie się na robieniu zadania - wtedy przypominam sobie, że tak w sumie to lubię, i wkręcam się w dalsze jego rozwiązywanie.
Są też dni, kiedy nie potrafię się zmotywować do nawet zaczęcia nauki. Wtedy odpuszczam i skupiam się na odpowiednim odpoczynku i rozwijaniu innych zainteresowań. I uważam, że to jest jak najbardziej okej.
Raczej niezbyt często. Takie momenty zdarzały się raz na dwa, trzy tygodnie. W takich momentach warto sobie pomyśleć o tym, co się chce osiągnąć, czy nadal tego chcemy, oraz zarazem spojrzeć na to, jak duży progres się już zrobiło.
W taki sposób można przynajmniej zmniejszyć swoją niechęć do robienia czegoś, a poza tym od czasu do czasu to nie jest nic złego, aby zrobić sobie krótką „przerwę" - czyli albo zrobić jakieś absolutne minimum przez jakieś dwa, trzy dni, czy też nic nie robić do konkursów przez cały dzień. Lecz jednak trzeba pamiętać, że to dyscyplina jest kluczową częścią przygotowania, więc trzeba pokonywać wszystkie przeszkody, a w tym też te psychiczne.
Brak zapału zdarza mi się od jednego do kilku razy w miesiącu, jednak zazwyczaj mam zaplanowany dzień, więc po prostu staram się trzymać zadań do wykonania. Chwila (a raczej tydzień) zwątpienia zdarzał mi się raz na rok, w okresie jesiennym.
Odkąd oddzieliłem moją samoocenę od osiągnięć, problem przestał powracać.
Częściej, niż sugerowałby LinkedIn.
Zazwyczaj mi się nie chce. Serio, mam więcej dni, w których nie robię nic z listy, niż takich, w których coś odhaczam. Jeśli spodziewałeś się odpowiedzi o żelaznej dyscyplinie, to nie tutaj.
Ratuje mnie to, że każdy ma w ciągu dnia chwilę wyłącznie dla siebie. To jest zasób, którego większość ludzi w ogóle nie zauważa. Wystarczy czasem w takiej chwili zacząć jedną rzecz - nie skończyć, tylko zacząć. A potem powiedzieć o tym komuś albo napisać do kogoś w tej sprawie.
To chyba najskuteczniejsza sztuczka, jaką znam: raz uruchomiony projekt, o którym wiedzą inni, prędzej czy później zostaje dokończony.
A samo zwątpienie? Staram się przemyśleć kierunek, zanim w coś wejdę, więc rzadko wątpię w to, czy w ogóle powinienem to robić. Częściej łapię się na myśli, że to, co zrobiłem, jest słabe - i tu mam nieprzyjemną wiadomość: zwykle jest, i to nie jest kryzys wiary w siebie, tylko trafna diagnoza. Wtedy nie potrzebuję pocieszenia, tylko dwóch dodatkowych godzin pracy.
Zwątpienie bywa informacją, nie przeszkodą.
Staram się nie robić niczego na siłę. Jeśli mi się nie chce, próbuję znaleźć jakąś inną aktywność, która będzie mnie rozwijać, a jednocześnie zapewni odpoczynek od tego, czego nie chce mi się robić.
Nie jestem terapeutą i sam też miewam rzeczy, z którymi sobie nie radzę, nie słuchałbym więc moich rad.
Moje podejście jest takie, że chwile zwątpienia przychodzą najczęściej w momencie porażek - kiedy czegoś nie zrobiliśmy, co mogliśmy albo powinniśmy. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z faktu, że przeszłości zmienić się nie da i - jak w szachach - zrobić to, co jest najlepsze tu i teraz, z obecnym stanem rzeczy.
Myślę, że lekiem na zwątpienie może być zwyczajnie działanie.
Dosyć często - powiedziałbym szczerze, że nawet co tydzień.
Wiąże się to z tym, że czasami po prostu przestaję widzieć sens w tym, co robię. Jak sobie z tym radzę? Najczęściej po prostu próbuję przemyśleć, w jakim idę kierunku. Jeżeli faktycznie dochodzę do wniosku, że to jest ten kierunek, w którym chcę iść, to mimo wszystko próbuję przełamać ten pierwotny opór i dalej iść w kierunku tego celu. Czasami pomaga mi w tym rozmowa z kimś, czasami nawet bez tego daję jakoś radę, ale nie mam jednej recepty na to.
W intensywnym okresie chwile zwątpienia miałem bardzo często, teraz mam rzadziej.
Pomagało mi w pewnym stopniu jeszcze raz przemyślenie mojej obecnej trajektorii - czy idzie w dobrym kierunku, bo to trajektoria jest najważniejsza. Góry i dołki to normalna część dłuższego trendu i to on jest najważniejszy. Więc w takich momentach próbowałem nie skupiać się na chwilowych trudnościach, bo one i tak kiedyś miną, tylko myśleć, czy długoterminowo zmierzam w dobrym kierunku. Takie nastawienie też pomaga mi wyciągać więcej lekcji z każdego „dołka”.
Dużo cięższe było radzenie sobie z tym podczas pierwszego startu w olimpiadach, bo nie wiedziałem, czy ten cały wysiłek się w ogóle opłaci.
Najgorsze było przeglądanie Instagrama i patrzenie na wycinki z życia innych, podczas gdy ja siedziałem w domu i się uczyłem. Często było to głupie i nieuzasadnione, bo tego dnia akurat ja siedziałem w domu, innego to oni siedzieli, a ja gdzieś wychodziłem. Dlatego trzeba w takich chwilach szerszej perspektywy i nie dać się pokonać chwilowej podłamce.
Podczas drugiego startu w olimpiadach korzyści z poprzedniego były już namacalne, co pomagało w chwilach zwątpienia.
Tak więc znowu - początek drogi był najgorszy.
Co do chwili, gdy mi się nie chce, to w zależności z czego ta niechęć wynika, działam na dwa sposoby:
- Gdy dotyczy to np. nauki, która wymaga skupienia, a moje zdolności poznawcze są już wyczerpane (zwłaszcza po południu), to akceptuję to i zostawiam to na rano, gdy mam czystą głowę i zawsze wszystko idzie łatwiej. Gdy coś w przygotowaniach do olimpiady mnie przytłaczało, zostawiałem to na rano kolejnego dnia i serio szło łatwiej.
- Drugi sposób, a raczej grupa, nie wiem jak to nazwać, to po prostu momenty, gdy mi się chwilowo nie chce, a trzeba coś zrobić. Opiszę to na przykładach:
- Wstawanie - dla mnie zawsze po przebudzeniu nie chce się wstać, czy to śpię 6, czy 10 h (choć o sen dbam i zawsze sypiam te 8 h). Więc po prostu wstaję ze świadomością, że to „niechcenie” za chwilę minie - i zawsze mija.
- Bieganie - podobnie, wiem, że na początku zawsze trochę się nie chce, ale gdy już wyjdę z domu, to jest super.
- Zrobienie czegoś w domu - i tak to muszę zrobić, a odwlekanie i rozmyślanie nad tym tylko marnuje mój czas.
Kiedyś chwile zwątpienia towarzyszyły mi właściwie codziennie. Wynikało to z ciągłego przesiadywania w pokoju nad książkami i poczucia, że marnuję czas.
Dziś, dzięki wprowadzeniu większej ilości spontaniczności i ciekawych inicjatyw, zdarza się to znacznie rzadziej, średnio raz w tygodniu. W takich momentach pojawia się poczucie pustki, poirytowanie i pytania, czy ten trud w ogóle coś mi da i czy nie lepiej po prostu wszystkiego rzucić.
Nauczyłem się jednak z tym walczyć poprzez akceptację.
Gdy przychodzi mocny kryzys, daję sobie pełne prawo do odpuszczenia na resztę dnia. Jeśli spadek energii jest mniejszy, przestawiam się na czas wolny: wychodzę ze znajomymi lub na spacer, by zmienić otoczenie i wyczyścić głowę. Odzyskanie dystansu pozwala mi wrócić do działania z zupełnie inną energią.
Całkiem często. Wtedy po prostu staram się wyważyć odpoczynek i fakt, że jednak trzeba coś robić, aby iść do przodu. Myślę, że da się znaleźć tutaj pewien złoty środek.
Czasem nie warto się przeciążać, ale stanie w miejscu i nierobienie zadań nigdzie nie prowadzi.
Codziennie. Staram się ignorować te myśli, ale jak są już za głośne, robię sobie dzień wolny. Pełen relaks.
Pomóż nam tworzyć lepsze treści
Podziel się anonimową opinią - co dodać, co zmienić, a co usunąć.










