W najważniejszej dla mnie Olimpiadzie - Matematycznej - z roku na rok idzie mi coraz gorzej, mimo tego, że moje umiejętności rosną.
Wiedza i osiągnięcia nie zawsze idą w parze, a te kilka dni konkursowych w roku nie świadczy o mnie jako o osobie.
Pozwoliło mi to na zmianę myślenia o roli olimpiad w moim życiu (traktuję je teraz raczej jako źródło ciekawych doświadczeń), jak również na skupienie się na moich innych zainteresowaniach, w tym tych olimpijskich.
Czułam się bardzo zawiedziona, gdy w 2 klasie nie dostałam się do finału Olimpiady Informatycznej. Wydawało mi się to wtedy okropną porażką i po połączeniu z przepracowaniem na jakiś czas kompletnie zdemotywowało mnie do dalszej nauki.
Aktualnie widzę, że ta sytuacja dała mi okazję do przemyślenia mojego podejścia i znalezienia odpowiadającego mi sposobu nauki.
Za moim pierwszym podejściem nie dostałem się do finału olimpiady matematycznej. Było to bardzo nieprzyjemne doświadczenie, zwłaszcza patrząc na to, ile poświęciłem czasu na przygotowanie się do drugiego etapu.
Pokazało mi to jednak, że moje metody przygotowania i nauki nie są optymalne oraz że cel, który chcę osiągnąć, jest znacznie trudniejszy, niż mi się pierwotnie zdawało. Po tym drugim etapie zmieniłem mój sposób przygotowania się do konkursów, a zarazem paradoksalnie zdobyłem większą motywację, aby pokazać samemu sobie, że jestem w stanie osiągnąć bardzo nietrywialne cele.
Spektakularnej klęski nigdy nie zaliczyłem, ale drobnych porażek mam całkiem pokaźną kolekcję.
W podstawówce startowałem w konkursach kuratoryjnych i nie osiągnąłem w nich zupełnie nic. W liceum odpadłem z wielu olimpiad - z Olimpiady Wiedzy o Afryce wyleciałem w drugim etapie i to tylko jeden z kilku takich przypadków. Powód jest zwykle prosty i niezbyt chwalebny: w większości konkursów nie przygotowuję się w ogóle, dosłownie zero minut. Idę z tym, co już wiem. Uczciwie: nie mam z tym problemu, bo za każdy taki nieudany start płacę jedno popołudnie. Najbardziej pouczająca była jednak organizacja wyjazdu na olimpiadę do Chin.
Gdybym liczył skuteczność, wyszłoby kilka procent i powinienem się załamać. Tyle że wyjazd się odbył.
To, co widzisz jako czyjąś listę osiągnięć, jest zawsze końcówką znacznie dłuższej listy prób, których nikt nie publikuje. Odmowa nie jest przeciwieństwem sukcesu - jest jego kosztem jednostkowym. Ktoś, kto ma imponujący dorobek, zwykle zebrał po prostu więcej „nie" niż ty.
Najbardziej pamiętam porażkę, którą odniosłem w 8 klasie w konkursach przedmiotowych. Uczestniczyłem w drugim etapie trzech takich konkursów, ale dostałem się do trzeciego etapu tylko z jednego. Zmniejszyło to moje ambicje, ale pokazało, że warto jednak trochę więcej się do konkursów pouczyć.
Nauczyło mnie to również lepiej przyjmować porażki, a także tego, że warto się jak najbardziej starać, ale jednocześnie próbować nie spodziewać się za wiele.
Taką główną porażką była na pewno próba rozwinięcia kanału, może nawet jakiejś działalności przygotowującej osoby do olimpiad - przedsiębiorczości i ekonomicznej. I to nie wyszło, albo przynajmniej nie wyszło w takiej skali, na jaką miałem nadzieję. Nie miałem na to wystarczająco czasu. Musiałem się też często przygotowywać do olimpiad, miałem inne rzeczy na głowie i nie mogłem dać na to tych 100%.
Co mi dała ta lekcja, ta porażka? Na pewno to, że widzę, że jeżeli chcę rozpoczynać taką działalność czy takie przedsięwzięcie, to potrzebuję przynajmniej 90% skupienia właśnie na tym - żeby odstawić inne rzeczy na bok w jak największym stopniu i przynajmniej w tych początkowych etapach skupiać się na tym jak na głównej rzeczy, którą robię. Sądzę, że to tak naprawdę w większości takich projektów przynosi największe rezultaty.
Bo jeżeli tego nie ma, to przychodzi frustracja - to nie idzie tak dobrze, jak byś chciał. I często przerywasz robienie tego.
Porażką, od której wszystko się zaczęło, było założenie „mojej firmy” w wieku 16 lat. Brzmi to wzniośle, ale nie było to nic wielkiego, sklep e-commerce w dropshippingu (choć wkładałem w to ogrom czasu i wysiłku - praktycznie całe wakacje).
Skończyło się stratą większości oszczędności, ale zyskałem coś znacznie cenniejszego, czyli świadomość, ile muszę się jeszcze nauczyć.
Dzięki temu zacząłem czytać, słuchać i oglądać wszelaki content biznesowy, a po paru miesiącach zacząłem uczyć się do olimpiad.
Swoje pierwsze edycje olimpiad skończyłem z tytułami finalisty - w Olimpiadzie Przedsiębiorczości i Olimpiadzie Wiedzy Ekonomicznej. Przygotowania do nich zacząłem rok wcześniej i uczyłem się codziennie po parę godzin.
Do tytułu laureata w jednej zabrakło mi 1,5 punktu, a w drugiej 2 punktów - czyli jedna prawidłowa odpowiedź na teście. Było milion okazji na zdobycie tych głupich 2 punktów. Czułem się załamany, bo celowałem wyżej.
Z obecnej perspektywy postrzegam to jako najlepszą sytuację, jaka mogła mi się przytrafić. Może gdybym wtedy zdobył laureata, nie miałbym takiej presji, żeby w kolejnym roku (obecnym) ciężko pracować na najwyższe miejsca. W tym roku z ogromną pomocą szczęścia udało mi się wygrać Olimpiadę Przedsiębiorczości.
Ale to nie samo osiągnięcie jest najcenniejsze, bo wygrana to moment. Najcenniejsze jest doświadczenie, które zdobyłem po drodze i które zdobędę dzięki okazjom, które się przede mną otworzyły, i ludziom, których poznałem.
Moją największą porażką z perspektywy czasu były przygotowania do etapu ustnego Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, a dokładniej do części z pytaniami niejawnymi. Mimo ogromnych starań i włożonej pracy przyjęta przeze mnie strategia okazała się błędna.
Uczyłem się gotowych odpowiedzi kropka w kropkę na przykładowe tematy, zamiast skupić się na głębokim zrozumieniu samych mechanizmów.
Gdy podczas wystąpienia otrzymałem zupełnie inne zagadnienie, mój mózg miał ogromny problem z szybkim przestawieniem się na nowe tory. Mimo że przyjąłem tę sytuację ze spokojem i końcowy wynik okazał się w miarę satysfakcjonujący, potknięcie pokazało mi wyraźnie ograniczenia takiego podejścia.
Zrozumiałem, że mechaniczne zapamiętywanie schematów jest bezużyteczne, a kluczem do sukcesu jest dogłębne zrozumienie tematu i swobodne operowanie wiedzą.
Doświadczenie to dało mi jednak bezcenną lekcję na przyszłość. Dzięki tej porażce całkowicie zmieniłem swoje podejście do wypowiedzi publicznych oraz wystąpień. Dziś zamiast odtwarzać z pamięci sztywne regułki, wolę żyć danym zagadnieniem i improwizować na bazie solidnych fundamentów analitycznych.
Taką pierwszą „porażką” dla mnie był finał OIJ w podstawówce, poszło mi zdecydowanie poniżej moich oczekiwań. Nie udało mi się też w 1 i 2 klasie liceum na II etapie OI.
Mocno wzięłam te porażki do siebie i choć starałam się wyciągnąć wnioski, to i tak siadło mi to na psychikę.
Ale w 3 klasie już tak, więc wniosek jest taki, że zdecydowanie nie można się poddawać i każdemu zdarza się gorszy dzień, a nawet kilka.
Miałem swój projekt społeczny, który robiliśmy razem z zespołem przez dwa lata. Wszystko zostało przygotowane, jedyne, czego zabrakło na końcu, to zainteresowanie.
Prawda jest taka, że to samo nie przyjdzie. Trzeba o to walczyć, mówić o tym, nie poddawać się.
Problem w tym, że my się poddaliśmy. Nikt o to nie walczył. Żałuję, bo pomysł i wykonanie naprawdę nam się podobały.
Pomóż nam tworzyć lepsze treści
Podziel się anonimową opinią - co dodać, co zmienić, a co usunąć.









