Rozczaruję cię: laptop, lista, odhaczanie. Tyle. Żadnej magicznej metody. Lepiej zrobić dziesięć rzeczy dobrze niż jedną perfekcyjnie.
Perfekcjonizm to najpopularniejszy sposób na nierobienie niczego.
Zostawiam sobie przy tym miejsce na życie, całkiem świadomie. Nigdy już nie będę tak młody i tak wolny jak dzisiaj - szkoda to przepalić na samo odhaczanie listy. Chociaż w drugą stronę działa to identycznie - za osiadanie na laurach rachunek też przychodzi, tylko później i wyższy.
W okresach dużej intensywności przede wszystkim staram się nie poświęcać 100% wolnego czasu na naukę. Próbuję dzielić go mniej więcej równo pomiędzy pracę i odpoczynek. Bardzo nie lubię monotonii, dlatego każdego dnia w ramach przerwy zajmuję się czymś innym. Zazwyczaj wybieram jedną bardziej ruchową aktywność, na przykład rolki, wspinaczkę albo spacer, oraz drugą, bardziej spokojną, taką jak szydełkowanie, oglądanie filmu czy granie w Tetrisa.
Oczywiście wszystkie wybrane przeze mnie przerywniki muszą być czynnościami, na które mam w danym momencie ochotę i które nie będą mnie dodatkowo stresować. Utrudnieniem jest fakt, że w okresach dużej intensywności mam bardzo mało czasu. Mimo to nie ignoruję odpoczynku, ponieważ wiem, że bez niego całkowicie stracę motywację i zamiast się uczyć, zacznę po prostu scrollować Instagrama, co może prowadzić do zmarnowania naprawdę dużej ilości czasu. Staram się również pilnować odpowiedniej liczby godzin snu.
Dbanie o odpoczynek sprawia, że w ciągu dnia mam kilka przyjemnych przerw od intensywnej nauki. Dzięki temu zupełnie się nią nie stresuję, a czasami nawet ekscytuję się całym dniem, wyczekując kolejnych ciekawych zajęć.
Gdy przygotowuję się stricte do olimpiady, nie chodzę do szkoły, więc całe dnie mogę poświęcić na naukę treści olimpijskich - głównie rozwiązywanie zadań. Staram się jednak wpleść w harmonogram czas na inne aktywności takie jak sport, gra na instrumencie czy wyjście ze znajomymi - codziennie co najmniej jedną.
Ciężko jest określić coś takiego jak okres dużej intensywności, jako że bardzo wiele nie jest zależne od nas - czy to nagle kilka sprawdzianów w przeciągu jednego tygodnia, czy też po prostu jakieś święto i czas spędzany z rodziną. Niezależnie od tego starałem się, żeby intensywność w mojej nauce była stosunkowo niezmienna i zmniejszała się co najwyżej w przypadku różnych zdarzeń losowych.
W związku z tym zazwyczaj po prostu po szkole zasiadałem do matematyki i robiłem zadania aż do wieczoru, a rzeczy do szkoły ogarniałem jakoś przy okazji. Nie jest to sposób, który mógłby działać dla każdego, więc to, co najważniejsze z tego, było to, że codziennie starałem się robić progres.
W moim odczuciu ważne jest ustalenie pewnego rodzaju priorytetów. Jeśli zaakceptuje się gorsze oceny, można skupić się wyłącznie na olimpiadzie. Nie jest to wyjście dla każdego, czasem trzeba później nadrabiać materiał, ale zasadniczo pozwala to uzyskać o wiele więcej czasu.
Czasu tego nie należy jednak w moim odczuciu zużywać wyłącznie na naukę.
Sam prawie codziennie gram z kolegami w różne gry komputerowe, staram się także pojeździć na rowerze lub pograć w siatkówkę. Sporą część dnia zajmują jednak powtórki, ale też odkrywanie różnego rodzaju ciekawostek, co jest szczególnie ważne, biorąc pod uwagę format Olimpiady Geograficznej.
Bardzo zależy. Na przygotowania patrzyłem trochę zadaniowo (tj. zrobiłem listę książek i zbiorów zadań do przerobienia), a trochę jako na zaspokojenie własnej ciekawości.
Miałem mniej więcej rozplanowane cele na tydzień, ale pozwalałem sobie popłynąć i zaciekawić się jedną rzeczą.
Danego dnia siadałem i robiłem coś, żeby skończyć cele (no chyba że pojawiło się coś ciekawego - wtedy próbowałem to rozgryźć).
Idealny dzień (rzadko który jest idealny):
- Wstaję.
- Od razu robię jakieś zadanie z tematu, którym się obecnie zajmuję, lub idę pobiegać jakieś 2 kilometry.
- Ogarniam się.
- Wychodzę do biblioteki około 9:00, wcześniej robiąc plan tego, co mam danego dnia zrobić.
- Uczę się głównie metodą pomodoro.
- Wracam koło 17:00 do domu.
- Siłownia lub kosz z kolegami.
- Czasami coś nagram na kanał.
- Spanie.
Mój typowy dzień w okresie dużej intensywności jest mocno schematyczny i powtarzalny. Uważam, że jego rutynowy charakter pozwala wycisnąć więcej niż spontaniczne zabieranie się za coś (przynajmniej ja działałem wtedy o wieeele efektywniej).
Wstaję wcześnie, gdzieś o 6, poranna rutyna, ważę się. Potem piję kawusię - lubię tutaj mieć chwilę spokoju na myślenie. Następnie jem śniadanie i zabieram się do pracy albo nauki. Poranek to najbardziej ustrukturyzowana część mojego dnia, potem bywa różnie, zależnie co jest do zrobienia, ale 3 razy w tygodniu wlatuje siłownia, czasem się z kimś spotykam. Bardzo lubię też mieć chwilę na spacer po parku w spokoju, żeby po prostu wychillować, „nabić kroki”, ale przede wszystkim porozmyślać. Wieczorem przed snem czytam książkę. Staram się zawsze sypiać te 8h.
Na papierze z pewnością wygląda to ładniej niż w rzeczywistości.
Prawda jest taka, że też zdarza mi się rozpraszać czy zerkać na telefon, a plany często się psują, bo wyskakuje coś innego do zrobienia. Mimo to lista tasków do zrobienia pomaga nie rozciągać podświadomie czynności w czasie, bo „i tak mam czas”.
Jako że preferuję pracę nocą, to zwykle wstaję w okolicach 10-11.
- Rozpoczynam od szybkiej dawki nauki przez ok. pół godziny, po czym przechodzę do porannej toalety i śniadania.
- Ok. 12.30 rozpoczynam 3-godzinny blok.
- Po tym przeznaczam czas na luźne aktywności - zwykle 3h.
- Następnie wracam do nauki na 1,5h.
- Później wychodzę na spacer i ogarniam wieczorną rutynę.
- Do nauki wracam w okolicach północy i zwykle kontynuuję do 2.
Oczywiście zdarzają się odstępstwa, co jest całkowicie normalne w natłoku obowiązków.
Śniadanie, zadanka zadanka zadanka, obiad, zadanka zadanka zadanka, kolacja, zadanka zadanka zadanka i spanko 😅
Wiadomo, posiłki ważne, bo dają energię, no i snu u mnie też nie brakuje. Warto w międzyczasie dodać jakąś aktywność - np. często wychodzę na rolki, aby nieco się rozerwać i odświeżyć umysł.
W intensywnych okresach staram się od rana wprowadzić się w taki „stan walki”.
- Zaczynam dzień bez telefonu.
- Ćwiczę.
- Biorę zimny prysznic.
- Słucham agresywnej muzyki.
Może to brzmieć głupio, ale czuję, że to po prostu działa. A że lubię to, co robię, to nie muszę się zmuszać do pracy. Czas leci mi godzina za godziną. Robię przerwy, ale krótkie, żeby się nie rozproszyć: na początku rzadziej, z czasem nieco częściej.
A na sam koniec najważniejsze - dobry sen. To podstawa, o której wielu zapomina, a naprawdę robi ogromną różnicę.
Pomóż nam tworzyć lepsze treści
Podziel się anonimową opinią - co dodać, co zmienić, a co usunąć.










